Relacja: Klub K8 - Essential Vibes pres. Mental Asylum Night

известные картины и новости из мира искусства

Ta noc była wyczekiwana przez wielu – zarówno przez klubowiczów, którzy regularnie pojawiają się w Warszawie na imprezach kolektywu Essential Vibes, jak i zapewne przez samych organizatorów, dla których było to chyba najpoważniejsze i największe jak do tej pory przedsięwzięcie, porównywalne może jedynie z zeszłorocznym Bemowo Surround Sound Festival. W nocy z 16 na 17 marca w warszawskim klubie K8 miała zatrząść się ziemia, którą poruszyć mieli Dje współpracujący z naszym rodakiem Indecent Noisem i wydający w jego wytwórni Mental Asylum, podczas pierwszej imprezy promującej ten znamienity label. A jak było w praktyce?

DSC 0008

Słowem wprowadzenia – Mental Asylum Records to jak już wspomniałem projekt Indecent Noise'a, uruchomiony w zeszłym roku i skupiający się przede wszystkim na mroczniejszej, mocniejszej i nie zwalniającej poniżej 140 BPM odmianie tech-trance i UK trance. Poza samym założycielem swoje produkcje wydają tam Eddie Bitar, Matt Bowdidge i Jordan Suckley i to właśnie ich mieliśmy okazję usłyszeć na Mental Asylum Night. Wytwórnia niemalże szturmem zdobyła rynek, a prawie każda produkcja sygnowana ich logo okazuje się być hitem z najwyższej półki, siejącym zamęt nie tylko na imprezach, ale i robiącym doskonałe wrażenie przy odsłuchu w domowych warunkach.

Wróćmy do imprezy. Tym razem poza sceną trance organizatorzy wprowadzili scenę techno, ale w swojej relacji pozwolę sobie skupić się na głównej arenie wydarzeń, bo to tam spędziłem większość imprezy. Wspomnę więc jedynie, że szkoda, że nie dało się być w dwóch miejscach na raz, ale jakimś cudem udało mi się posłuchać przynajmniej fragmentów setów większości artystów grających na drugiej scenie, dzięki czemu mogę stwierdzić, że było tam różnorodnie (z tego przecież słyną imprezy EV) i klimatycznie, od rozgrzewającego tech-house Sebastiana Weikuma, przez popularne ostatnio tzw. "dark techno", po stare, techniczne klasyki (usłyszeć "One night in New York City" – bezcenne). Tak więc nawet taka maruda jak ja, wychowana na tzw. "starym techno" mogła tam znaleźć coś dla siebie.

 plakat

A co na scenie głównej? Początek to już tradycyjnie debiutant – tym razem był to mieszkający w Warszawie Destinate. Jego set, rozpoczynający się w jako lekki, wolniejszy uplifting, stopniowo przeradzał się w coraz mocniejsze uderzenie, by w końcu idealnie wpasować się w dominujący na imprezie, mroczny, tech-trance'owy klimat – "Backstab" Pattersona było dobrym zwiastunem nadchodzących wydarzeń. W zbudowaniu fajnego nastroju nie przeszkodziła mu nawet mała awaria awaria zasilania, za co należą się dodatkowe gratulacje.

Małą zmianę klimatu i zwolnienie tempa zafundował zebranym Evening. Już pierwsze dźwięki jego seta, czyli charakterystyczne bębenki z "Brace Yourself" Jochena Millera zwiastowały seta wypełnionego bardziej progresywnymi, "markusowymi" brzmieniami. Set był świetny, zastanawiam się jedynie czy nie powinien rozpoczynać imprezy, zamiast następować po upliftach i tech-trance'ach rodem z Pattersona, jako, że wyznaję zasadę, że im później tym szybciej i mocniej. Wielu ludziom w klubie mogło się w tym momencie wydawać, że jest wolniej, niż było w rzeczywistości.

Dalej nie było już miejsca na żadne zwalnianie tempa. Eveninga za konsoletą zastąpił Matthew Pear, u którego jeszcze ani razu nie słyszałem wolniejszego trance, ciężko więc byłoby się go spodziewać teraz, jego styl idealnie wpasował się w klimat imprezy. Było mocno, szybko, energicznie, ze świetnym kontaktem z publicznością, czyli tak, jak każdy znający styl Mateusza mógł się spodziewać, choć i miłośnicy upliftowych, „epickich” melodii w breakdownach nie mieli powodów do narzekań. Na trackliście nie zabrakło tracków Pattersona, Bowdidge'a czy Kearney'a, a więc najlepszych reprezentantów stylu granego na Mental Asylum Night. Matthew zagrał nawet Mauro Picotto „Mehr Taub” w remiksie Cristiana Ketelaarsa.

DSC 0155

Po Mateuszu przyszła pora na pierwszego z "doktorów" Mental Asylum, czyli Jordana Suckley'a. Z całej czwórki headlinerów imprezy zagrał najmniej elementów psy-trance, co nie oznacza, że w jego secie zabrakło różnorodności – już sam początek, czysto "techniczny" zwiastował, że czeka nas ciekawa muzyczna przygoda. Po chwili płynnie przeszedł do trance i tech trance, wmieszał również sporą ilość wokali, jak chociażby "Out of nowhere" O'Callaghana w swoim remiksie, "Send me an angel" Ralpha Fridge'a czy "Sanctuary" Dejure – tez we własnej wersji. Było też miejsce dla paru klasyków, np. "Punk", który oczywiście porwał ludzi do chóralnego zdzierania gardeł.

Po nim muzyczne pranie mózgu zafundował wszystkim – chyba nikt nie będzie miał mi za złe użycie tego określenia, choć po jednym z ostatnim eventów może ono budzić mieszane skojarzenia ;) – "ojciec chrzestny" tego całego zamieszania, czyli Indecent Noise. Jeśli po jego secie czuło się niedosyt to spowodowany tylko i wyłącznie tym, że setów w jego wykonaniu chciało by się słuchać i słuchać, bez końca. Skoro na samym początku mamy do czynienia z Juno Reactor - "Pistolero" w remiksie Astrix, a potem z takimi zamiataczami parkietów jak "Supercharge", "Who Will Stress Me" (mashup Michaela Grahama), "I don't deserve You" PvD w remiksie O'Callaghana czy "Airport" Photographera, to wiadomo, że mamy do czynienia z kimś, kto gra na 150% mocy, nie zostawia po sobie jeńców, a jedynie ruiny i zgliszcza. Wiedzieli o tym także zebrani w klubie ludzie, bo ze wszystkich grających tej nocy, to właśnie Indecent miał chyba największą publikę. Na co zresztą w pełni zasłużył, tym bardziej, że jeszcze do niedawna był chyba bardziej doceniany za granicą niż u nas.

DSC 0486

Gdy schodził, a w jego miejsce za konsoletą pojawił się Eddie Bitar, wydawało się, że lepiej być już nie może. Każdemu, kto tak pomyślał, sympatyczny kanadyjczyk szybko udowodnił, w jak głębokim jest błędzie. Cała pierwsza część jego seta wypełniona była bowiem psy-trance'ami, które najwyraźniej zdobywają coraz większą popularność wśród DJów grających ostrzejsze odmiany trance. Indecent również użył takich akcentów (choćby wspomniany remiks Astrix dla Juno Reactor), ale były to jedynie akcenty, a tutaj mieliśmy do czynienia z dłuższym fragmentem utrzymanym w takich właśnie klimatach. Do tego sposób w jaki Eddie z psychodelików przeszedł w techy po prostu... niech mi tu wolno będzie użyć kolokwializmu – urywał głowę. Zaczęło się od dark-psychodelicznego Ectima vs. E-Clip - "Crowd Control", w którym nagle znikąd pojawił się wokal do "Sun & Moon"... który okazał się być tak naprawdę przygotowanym przez Bena Nicky'ego mashupem utworu Above & Beyond i "Bulldozera" Simona Pattersona czyli "Sun & Bulldozer". W tym momencie nie wiadomo było czy się bawić, czy zbierać szczękę z podłogi. Dodajmy do tego jeszcze dubstepową wstawkę z "Rollercoastera" Eddiego, który pojawił się kilka tracków później... właściwie cały ten set był jednym wielkim rollercoasterem, a Eddie był jak dla mnie "master of disaster" całej imprezy.

Matt Bowdidge, grający po Eddiem utrzymał tempo poprzedników, natomiast jego set był jakby nieco bardziej melodyjny, nie wypełniony aż tak po brzegi techami i psychodelikami, przez co można było odnieść wrażenie, że postanowił nieco zwolnić tempo.

DSC 0504

Następne w kolejności time-table miały być sety Paula Cogito oraz b2b (tym razem w wersji Paul Cogito vs. Matthew Pear vs. Matt Bowdidge vs. Eddie Bitar), jednak tę część imprezy ze względów logistycznych byłem zmuszony opuścić, choć mając w pamięci zarówno inne back2backi jak i sety całej czwórki z tej nocy można było być niemal pewnym, że Ci, którzy dotrwali do samego końca muzycznie na pewno nie mieli powodów do narzekań. Zresztą wychodząc słyszeliśmy, że Cogito zaczął od Underworld i "Born Slippy", więc tak jak i na poprzedniej imprezie, postanowił zacząć klasykiem dużego kalibru.

Plusów i mocnych punktów imprezy jak widać było wiele i na pewno zostanie ona na długo w pamięci wszystkich jej uczestników – a co z minusami? Tak się składa, że im większa ranga imprezy, tym większe znaczenie przykłada się do szczegółów. W przypadku Mental Asylum Night zwrócić uwagę muszę na jedno - nagłośnienie na scenie trance, które nie pozwoliło w pełni cieszyć się przygotowanymi przez wszystkich setami, bo było zbyt ciche, poza tym niekiedy jedna strona grała głośniej od drugiej. Były co prawda na początku próby podkręcenia dźwięku, ale efektem tego był przester. Z jednej więc strony mniejsza głośność miała uzasadnienie, z drugiej jeśli na imprezie słyszę rozmowę osób stojących metr za mną, to ciężko na to nie zwrócić uwagi. Co ciekawe, nagłośnienie na scenie techno za to było świetne, wręcz chwilami aż ogłuszało, nawet jeśli siedziało się w loży w pewnym oddaleniu od soundsystemu, szkoda więc, że scen nie zamieniono.

DSC 0761

Podsumowując – Mental Asylum Night na pewno było doskonałą okazją do promocji labelu w naszym kraju jak i mocnym punktem w "CV" ekipy Essential Vibes, jednak nie imprezą idealną – cóż, przynajmniej przy następnej okazji poprzeczka znowu będzie mogła stać nieco wyżej, czego zarówno organizatorom jak i klubowiczom oraz sobie życzę.


Autor:
Zbigniew "Emill" Pławecki (CubeStage.pl)


Wszystkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie i rozprzestrzenianie artykułu bez zgody autora jest zabronione! Prawo chronione przez ustawę z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych: Dz.U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83.